Gdybym miał opisać swoje życie w dwóch słowach, byłyby to "szmaragd" i "rubin". Przez chwilę zawahałbym się jeszcze nad "obsydianem", ale ostatecznie wygrałyby te dwa.
Szmaragd otaczającego mnie zewsząd lasu, bujnego, wiecznie żywego i niebezpiecznego. Zieleń byłą nieodłącznie powiązana z moim życiem. Budziłem się w zielonkawych promieniach słońca, dochodzących do mnie przez otwarte na oścież przez sprzątaczkę drzwi z papieru i zasypiałem do taktu kołysanki wygrywanej na liściach przez wiatr.
Rubin miał wiele znaczeń. Rubin to ogień, który pojawiał się czasem w lecie, stanowiąc jednakie zagrożenie dla mnie, jak i dla wszystkich zwierząt, które przez tak długi czas zdążyły się już tu zadomowić i stworzyć własne stada, hierarchie i biotopy. Gdyby ktoś mi powiedział, że jest jakiekolwiek stworzenie, które może żyć wyłącznie na jednym kawałku lądu, a wszędzie indziej zdechnie, roześmiałbym mu się w twarz i już na następny dzień prowadził negocjacje ze sprzedawcą tegoż stworzenia. Rubin to kolor słońca chowającego się wieczorem na horyzontem wody. Morze było zazwyczaj spokojne, wyłączając krótki czas pory sztormowej latem oraz nieco dłuższy okres łowów, kiedy przez kilka tygodni pod rząd prawie codziennie pojawiał się jeden lub dwa statki łowiące licznie występujące tu średnie ryby oceaniczne. Poza tym, rubin to kolor krwi. Zazwyczaj nie mojej, a ofiar mojego polowania, ale zdarzyło mi się też kilka razy krwawić z mniej lub bardziej chlubnych powodów. Nigdy jednak nie było to coś niebezpiecznego.
- Książę - zadźwięczało mi przy uchu przyjemnym barytonem. Odchyliłem głowę do tyłu i przyjrzałem się opartemu na moim fotelu mężczyźnie. Miał błyszczące, czarne oczy i lekko falowane włosy, opadające hebanową kaskadą wzdłuż nieco pociągłej, owalnej twarzy. - Nawet nie wiesz, jak tęskniłem za mniej futrzastą wersją ciebie - Arata uśmiechnął się szeroko.
- Brzmisz, jakbym robił to celowo - zauważyłem z przekąsem, podniosłem się na rękach i pocałowałem go lekko w usta. - Jak namierzysz tą przeklętą kobietę i resztę moich braci, to dokończymy temat - wymamrotałem spod kolejnego pocałunku.
- Ależ oczywiście, mój mały książę.
- Jestem księciem niczego - stwierdziłem, wstając i sięgając po skrzypce. Wiedziałem, że Arata lubił ich dźwięk, a i mnie uspakajał drewniany dotyk lakierowanego symbolu ludzkości.
- Ale za to jakim przyjemnym dla oczu księciem niczego - smyczek przejechał po winylowych strunach i pokój wypełnił się nieco skrzekliwym dźwiękiem, łamiąc ciszę. Zaśmiałem się cicho.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz