Dzień zaczął się jak każdy inny. Nic nadzwyczajnego. Rano śniadanie, podwózka Ryana do szkoły, a potem prosto na uczelnię. Tam czekały mnie trzy bite godziny wykładów ze znienawidzoną w całej szkole profesor Cornelius. Ta kobieta potrafiła człowieka zanudzić, mówiąc o każdym, nawet najbardziej interesującym temacie. Jej wykłady były katorgą i daremną próbą niezasypiania na ławce. Uczyła mnie już od kilku miesięcy, a ja wciąż wychodziłam z jej wykładów zniesmaczona i zirytowana kolosalną stratą czasu na coś, co w ogóle nie jest mi do szczęścia potrzebne. No, ale dyrekcja najwidoczniej uważała, że studenci pierwszego roku fotografii koniecznie muszą poznać tajniki starożytnej filozofii.... No cóż, nie ma co narzekać, trzeba przeczekać. Dzisiaj jak zwykle miałam serdecznie dość po wyjściu z tej nieszczęsnej sali wykładowej. Musiałam się wyluzować, żeby nie wybuchnąć, więc usiadłam na ławce koło budynku nr 4, w którym miałam mieć zajęcia w ciemni. Wciąż byłam nieco podminowana, kiedy w mojej torebce zabrzęczała komórka. Ze zdziwieniem zerknęłam na wyświetlacz i zamarłam, zobaczywszy numer brata.
- No, co jest? - rzuciłam w końcu do słuchawki. - Czemu nie jesteś na lekcjach?
- Bo siedzę przed gabinetem dyrektora - wymamrotał niewyraźnie.
- Że co?! - wrzasnęłam, zrywając się na równe nogi. - Co się stało?
- Bójka... - mruknął, po czym dodał szybko. - Nic nikomu nie jest, nie licząc kilku zadrapań, ale dyrektor kazał, żeby mnie ktoś odebrał. Mówił o mamie, ale...
- Nie ma co jej w to mieszać - dokończyłam za niego. - Dobra, będę za piętnaście minut - obiecałam i rozłączyłam się.
Pędem pobiegłam do samochodu, nie zwracając nawet uwagi na nauczycieli, którzy coś za mną wołali. Nie obchodziło mnie, co sobie pomyślą, a mamie przecież nie doniosą bo jestem pełnoletnia. Poza tym studia mają ten plus, że nikogo nie obchodzi czy jestem na ćwiczeniach czy nie. I choć zazwyczaj nie lubię zawalać zajęć, za które mama słono płaci, dzisiaj nie miałam wyboru...
Gdy po kwadransie zaparkowałam samochód na parkingu pod szkołą, okazało się, że w drzwiach głównego budynku czeka już na mnie komitet powitalny. Mianowicie Ryan z czapką, jak zwykle, zasłaniającą mu pół twarzy, a obok niego niski i pulchny dyrektor oraz sympatycznie wyglądająca psycholożka. Wszyscy troje mieli ponure miny.
- Dzień dobry - powiedziałam uprzejmie, podchodząc do nich.
- Dobrze, że pani już jest - mruknął pan Roberts. - Przydałoby się jechać z Ryanem do lekarza.
- Do lekarza? - zdziwiłam się. - Myślałam, że wezwano mnie na rozmowę o tej bójce i zachowaniu brata. Poza tym, Ryan mówił, że nabawił się jedynie kilku zadrapań - dodałam z wahaniem.
- To nie on zawinił w tym wszystkim - odezwała się psycholożka. - Oberwał, bo stanął w obronie jednej z młodszych dziewcząt. Obawiam się, jednak, że to, co ma na twarzy, to nie są drobne zadrapania, ale Ryan nie pozwala się opatrzyć nawet naszej pielęgniarce.
- W porządku, zajmę się nim - obiecałam, po czym pożegnałam się grzecznie i, złapawszy brata za rękę, pociągnęłam go w stronę samochodu. Gdy już znaleźliśmy się w środku, bezceremonialnie ściągnęłam mu czapkę, odsłaniając twarz, którą tak starannie zakrywał przez całą rozmowę. Zobaczywszy obejmującą niemal całą prawą stronę twarzy fioletową opuchliznę, zaklęłam głośno.
- Kto cię tak urządził, do jasnej cholery?! - zapytałam ostro. - I czemu nie pozwoliłeś tego zobaczyć pielęgniarce?!
- Bo ona na pewno zadzwoniłaby do mamy - mruknął, ale nie chciał zdradzić mi szczegółów zajścia i nazwiska tego, kto mu to zrobił, choć próbowałam je od niego wyciągnąć na różne sposoby. W końcu jednak dałam spokój, wiedząc, że jak Ryan się uprze, to nie ma na niego siły. Zamiast dalej indagować, ułożyłam się wygodniej na fotelu kierowcy i wyjechałam z parkingu. Przez następne pięć minut drogi w samochodzie panowała idealna cisza, którą w końcu przerwał Ryan.
- Nat... Pomożesz mi to jakoś ukryć przed mamą? - mruknął niepewnie.
- A niby jak? - prychnęłam. - Mam ci nałożyć kilo tapety na twarz? Zresztą, chyba nawet to ci niewiele pomoże...
- To co ja mam zrobić? - zapytał z rozpaczą. - Wiesz, że jak mama to zobaczy, to nie odstąpi ode mnie na krok przez następne kilka miesięcy. Nie pozwoli mi nigdzie wyjść bez jej nadzoru, a w szkole zrobi taką awanturę, jakiej jeszcze świat nie widział.
Wiedziałam, że w tym co mówi jest sporo racji. Mama była przewrażliwiona na punkcie przemocy i naszego bezpieczeństwa, i była zdolna niebo i ziemię poruszyć, byle tylko "oprawcy krzywdzący jej kochanego synka zostali ukarani", a przecież to mogłoby tylko pogorszyć całą sytuację. Dlatego, choć nienawidziłam jej okłamywać, musiałam szybko wymyślić przekonującą historię, tłumaczącą, co się stało mojemu bratu.
Problem polegał na tym, że przez resztę drogi nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Na szczęście, gdy podjechaliśmy pod dom, okazało się, że mama jeszcze nie wróciła z pracy i miałam dodatkową godzinę, góra dwie, na przygotowanie się do starcia. Na początek zaprowadziłam brata do łazienki, gdzie najpierw opatrzyłam siniaki, a potem spróbowałam je zakryć lekkim makijażem. Nie osiągnęłam wiele, ale przynajmniej wszystko jakby przybladło. Wiedziałam, że nie załatwi to problemu i już niedługo będę musiała się nieźle nagimnastykować, by obyło się bez awantury...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz