...

...

2.4

- Witamy pasażerów lotu 7862 Anchorage do Delhi - rozległo się z głośników, ledwo zajęliśmy miejsca w samolocie. - Prosimy zapiąć pasy, gdyż już za kilka minut będziemy startować...
Zrobiłam, co mi kazano, ale nie słuchałam dalszego wywodu stewardessy, który dotyczył zapewne zasad bezpieczeństwa i lokalizacji wyjść ewakuacyjnych. Zamiast tego wyjrzałam przez niewielkie okienko, rozmyślając o poprzednim dniu, który dosadnie opisuje jedno słowo: wariatkowo.
A to wszystko dlatego, że kiedy tylko mama przekazała nam te wszystkie rewelacje, oboje z Ryanem pobiegliśmy do swoich pokoi, by się spakować i zobaczyć, czego ewentualnie nam brakuje. Mama próbowała kontrolować wszystko, jak to ona, przez co zrobiło się jeszcze większe zamieszanie. Trwało to dość długo, bo wszyscy krążyliśmy po całym domu w poszukiwaniu zagubionych rzeczy, które koniecznie chcieliśmy zabrać. W końcu, około piątej po południu, udało nam się wreszcie zrobić kompletną listę zakupów i pojechać do centrum handlowego na obrzeżach miasta. Zakupy zajęły na kolejne dwie godziny, ale przynajmniej kupiliśmy wszystko, czego nam potrzeba. Po powrocie do domu mama zarządziła, że mamy natychmiast kłaść się do łóżek. Zanim, jednak, to zrobiłam, upewniłam się jeszcze, czy aparat jest naładowany i spakowałam podręczną torebkę. Wreszcie byłam gotowa.
Myślałam, że uda mi się przespać kilka godzin, ale nic z tego nie wyszło, bo chodź na lotnisko mieliśmy ledwie pół godziny drogi, mama obudziła nas o absurdalnie wczesnej porze. Nie mogła zrozumieć, czemu razem z bratem nie mogę powstrzymać się od ziewania i zerkam na nią spode łba. Zresztą, nie wiem nawet, czy to do niej dotarło, bo była tak spanikowana i zaabsorbowana wyjazdem, że nic do niej nie docierało.
Uspokoiła się dopiero teraz, gdy już minęło niebezpieczeństwo, że nie zdążymy albo, co gorsza, że zdarzy się jakiś wypadek. Ukradkiem śledziłam, jak z wolna spada jej poziom ekscytacji pomieszanej z niepokojem i zasypia z głową opartą o moje ramię. Ryan wkrótce poszedł w jej ślady, więc gdy samolot wreszcie wystartował, oboje pochrapywali cichutko na sąsiednich fotelach. Ja, jednak, mimo zmęczenia, nie mogłam zasnąć. Co dziwne zamiast radości i podniecenia z wyjazdu, czułam dziwny niepokój ściskający mój żołądek. Czyżby mi się udzieliło od mamy…? Nie, nigdy nie należałam do czarnowidzów i nie bałam się wyzwań i niespodzianek. Więc, dlaczego na myśl o Indiach dostawałam gęsiej skórki?
„To pewnie przez te ostatnie dwa tygodnie” - pomyślałam, chcąc jakoś wyjaśnić i zbagatelizować sytuację. – „Za dużo stresu i negatywnych emocji. Muszę odpocząć, inaczej zrobi się ze mnie taka jędza, jaką jest pani Cornelius.”
Doszedłszy do tych wniosków, rozluźniłam się nieco i zapadłam w drzemkę...

Gdy po kilkunastu godzinach samolot wreszcie wylądował, byłam znudzona i, mimo kilku drzemek, jeszcze bardziej zmęczona. Marzyłam tylko o gorącej kąpieli i wygodnym łóżku. Niestety, zanim to moje marzenie miało się spełnić, czekała mnie jeszcze godzina jazdy do hotelu, i to w jakimś ciasnym autku. Ściślej mówiąc, auto było po prostu zapchane rozmaitymi towarami, które miały być dostarczone do hotelu razem z gośćmi.
- Ładna mi nagroda za ciężką pracę - prychnęłam zniesmaczona. - Za jazdę tym czymś powinni ci raczej wypłacić odszkodowanie, mamo. Twoi szefowie dobrze wiedzą, że masz problemy z kręgosłupem, a tu nie wsiądziesz inaczej, niż skulona. 
 - Jakoś to przeżyję córeczko - uśmiechnęła się do mnie mama. - Ale wy...
Urwała wpół słowa, bo właśnie w tej chwili podszedł do nas kierowca. 
- Pani Larson? - zapytał z mocnym akcentem, a gdy mama kiwnęła głową, powiedział. - Ja zawiezie panią do hotel. Proszę siedzieć.
To mówiąc, otworzył przed mamą drzwi pasażera, ale mama nie ruszyła się z miejsca. 
- A co z moimi dziećmi? - zapytała.
Kierowca obrzucił nas niechętnym spojrzeniem, po czym pokręcił głową. 
- Wszyscy nie jechać. Chłopak może siedzieć z bagaże, ale lady musi czekać. Przyjechać po nią za godzina.
- Nie ma mowy! - zaprotestowała natychmiast mama. 
Ja, jednak, tylko westchnęłam cicho i powiedziałam:
- Dobrze, poczekam tutaj na pana.
- Natalie! 
- Mamo, nie ma sensu tracić czasu na kłótnie - powiedziałam łagodnie, kładąc jej dłoń na ramieniu. - Przecież sama widzisz, że nie ma innego wyjścia.
- Ale...
- Jedź z Ryanem do hotelu - poprosiłam, po czym dodałam żartobliwie. - Dopilnuj, żeby nie rozniósł hotelu na tej swojej desce. 
- Jasne - uśmiechnęła się mama, po czym zajęła miejsce obok kierowcy, a Ryan w tym czasie wgramolił się między pudła z towarem.
Pomachałam im na pożegnanie, a kiedy odjechali usiadłam na schodach przy wyjściu z lotniska, by przeczekać następną godzinę. Myślałam, że będzie mi się strasznie nudzić, ale okazało się, że znalazłam się w niesamowitym punkcie widokowym. Z zaciekawieniem obserwowałam podróżnych z różnych krajów, wraz z ich pupilkami, które często pochodziły prosto z dżungli. W końcu nie wytrzymałam i, wyjąwszy aparat z torebki, zaczęłam pstrykać zdjęcia co egzotyczniejszym zwierzakom. Moją uwagę przykuł zwłaszcza ogromny jaguar, którego kilku ludzi transportowało w ogromnej klatce. Zwierz miotał się w swoim przenośnym więzieniu, sprawiając tragarzom niemały kłopot. Widziałam, że jeszcze chwila, a upuszczą klatkę, która już chwiała się niebezpiecznie, a wtedy jaguarowi może stać się poważna krzywda.
- Stop! - zawołałam, gwałtownie zrywając się z miejsca i szybko podchodząc do tej niezwykłej grupy. Tragarze nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi, za to jaguar utkwił we mnie wielkie, szare oczy o srebrzystym odcieniu i uderzył ogonem w pręty klatki, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że muszę się bardziej wysilić. - Panowie! Zatrzymajcie się na chwilę, proszę! - krzyknęłam, zagradzając im drogę. 
- Panienko, ty stąd idź - mruknął niewyraźnie jeden z tragarzy. - My nieść wielki zwierz do rezerwat...
- Jeszcze trochę, a go tam nie doniesiecie - wytknęłam zirytowana. - Ta klatka jest tak niestabilna, że jak któryś z was się potknie, to stanie się krzywda i wam i zwierzakowi. 
- Innej klatki nie ma - wzruszył ramionami. - My sobie radzić, ale bestia się złości i utrudnia pracę. 
- To może warto by uspokoić waszego podopiecznego? - zapytałam, jakby to było oczywiste, ale tragarz pokręcił głową.
- Jaguar zły, mógłby nas poturbować. 
- Nic dziwnego, że jest zły - prychnęłam. - Trzymacie go w klatce i straszycie non stop kolor, a w dodatku robicie mu tu niezłą huśtawkę. 
- Więc, co panienka radzi? 
- Przede wszystkim, postawcie go na ziemi - zarządziłam.
Ku mojemu zdziwieniu, Indusi usłuchali i w mgnieniu oka klatka znalazła się na poboczu drogi, a tragarze zaczęli się od niej cofać. Gdy spojrzałam na nich nic nierozumiejącym, wzrokiem ten z którym rozmawiałam, szepnął:
- Ty iść i uspokoić jaguar. My czekać tutaj. 
Super. Wygląda na to, że wpakowałam się w niezłą kabałę i to na własne życzenie....
- Ależ panowie uprzejmi - zakpiłam. - W grupie dwunastu krzepkich chłopów, a boją się podejść do bezbronnego i uwięzionego zwierzaka! 
Po tych słowach, sama zbliżyłam się do klatki. Gdy tylko poczuł, że jest na ziemi jaguar zaczął przemierzać klatkę w tę i z powrotem, warcząc cicho. Odniosłam wrażenie, że daje w ten sposób sygnał, iż nie pozwoli się tak więcej traktować. Kiedy do niego podeszłam, z wolna uniósł głowę i utkwił spojrzenie srebrnoszarych oczu w mojej twarzy. Gdy i ja zajrzałam w te niezwykłe ślepia, zamarłam z zaskoczenia, gdyż nie dostrzegłam w nich instynktu obronnego, czy zwierzęcej wściekłości, a przebłyski niezwykłej inteligencji i jakby prośbę o pomoc. Miałam wrażenie, że jaguar doskonale rozumie, co się dzieje i jaką rolę w tym odegrałam. Nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle, ale coś ciągnęło mnie w stronę zwierza, więc zrobiłam jeszcze kilka kroków, po czym szepnęłam kojąco:
- Już wszystko jest w porządku. Nie zrobią ci nic złego - kot prychnął. - Wystarczy, żebyś się nie ruszał, a obiecuę, że wszystko będzie dobrze. Dojedziesz do rezerwatu i będziesz wolny.
Te słowa wyraźnie uspokoiły jaguara, więc cofnęłam się od klatki i wróciłam do tragarzy.
- Teraz możecie ruszać - oznajmiłam. - Ale nie huśtajcie nim za bardzo i nie drażnijcie.
- Panienka jest pewna?
Kiwnęłam głową, a tragarze niechętnie zbliżyli się do klatki. Gdy ją unieśli jaguar znieruchomiał, ale miałam wrażenie, że odszukał mnie wzrokiem.
- Powodzenia, kocie - powiedziałam z lekkim uśmiechem, po czym wróciłam na swoje dawne miejsce. Dopiero, kiedy tragarze zniknęli mi z oczu, uświadomiłam sobie, że nie zrobiłam jaguarowi ani jednego zdjęcia...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz