Jak można było przewidzieć, na moją podwózkę musiałam czekać znacznie dłużej, niż godzinę. W końcu, jednak, przed budynek lotniska nadjechała mała i nieco rozklekotana riksza. Wysiadł z niej naburmuszony kierowca, a ja ze zdziwieniem skonstatowałam, że jest znacznie ode mnie młodszy. Chłopak miał jakieś... czternaście lat. I chyba nie znał angielskiego, bo gdy tylko do mnie podszedł, zaczął na migi pokazywać, żebym wsiadła na rikszę, a potem w trochę komiczny sposób przedstawił jazdę i hotel u celu. No, przynajmniej wydawało mi się, że pokazał hotel, ale pewna nie byłam. Mój telefon nie miał tu zasięgu, więc nie bardzo mogłam zadzwonić mamy i się upewnić. Musiałam zaryzykować.
Wsiadłam do pojazdu, który zatrzeszczał, jakbym ważyła co najmniej sto kilo. Chłopak usiadł przede mną i zaczął pedałować z zadziwiającą prędkością. Nie spodobało mi się to, zwłaszcza, że pojazd trząsł się przy każdym wertepie i musiałam się mocno trzymać, żeby nie wypaść na zakrętach. Miałam nadzieję, że po góra dwóch kilometrach mój młody kierowca zwolni, ale on pędził przez całe dwie godziny, zręcznie omijając jadące po obu stronach samochody.
Kiedy wreszcie riksza zakołysała się po raz ostatni, z ulgą wyskoczyłam na chodnik i skinieniem głowy podziękowałam kierowcy. Potem z zaciekawieniem przyjrzałam się hotelowi. Budynek nie był może szczytem mody, ale niewątpliwie miał swój urok. Marmurowe, nakrapiane miką ściany, niewielka wieżyczka u wejścia oraz mnóstwo wijących się w różnych kierunkach schodów nadawało mu niepowtarzalnego stylu. W środku również było wyjątkowo i jakoś tak bajkowo jednak dało się to zauważyć dopiero po kilku minutach, kiedy wzrok przyzwyczajał się do nadmiernej ilości intensywnych kolorów....
- Mogę w czymś pomóc?
Zaabsorbowana nietypowym wnętrzem, aż podskoczyłam, usłyszawszy za plecami melodyjny kobiecy głos. Odwróciłam się i ujrzałam Induskę, prawdopodobnie tutejszą recepcjonistkę.
- Ja... tak, proszę - wykrztusiłam lekko zmieszana. - Nazywam się Natalie Larson - dodałam już pewniejszym tonem. - Jestem tu zakwaterowana razem z rodziną.
- Z rodziną? - kobieta uniosła brwi, po czym rozejrzała się dookoła, a ja zorientowałam się, że szuka rzeczonej rodziny.
- Oni już tu są - wyjaśniłam szybko. - Przyjechali jakieś trzy i pół godziny temu. Ja się nie zmieściłam w samochodzie, więc musiałam poczekać.
Zabrzmiało to tak, jakbym zajmowała nie wiadomo ile miejsca, więc zaczerwieniłam się odrobinę, ale kobieta nie zwróciła na to uwagi.
- W takim razie zaraz sprawdzimy, w którym są pokoju - powiedziała z miłym uśmiechem, po czym poprowadziła mnie do dużego kontuaru, na którym leżała gruba księga. - Lourent... Louise... Larry... - mruczała, przerzucając strony. - Larson, pokój 26, tymi schodami na drugie piętro - gestem wskazała kierunek.
- W porządku, dziękuję za pomoc - powiedziałam uprzejmie, po czym pobiegłam na górę.
Pokój znalazłam dość szybko, ale zastałam w nim tylko mamę, bo, jak się można było spodziewać, Ryan poszedł na deskę. W sumie, to nawet się z tego cieszyłam, przynajmniej nie musiałam słuchać przytyków, jak "cudownie" wyglądam, bez których by się nie obyło, gdyby brat był teraz w pobliżu. Zresztą, i bez jego uszczypliwych uwag wiedziałam, że jestem spocona, włosy mam potargane, a ubranie zakurzone. Porwałam, więc z torby nocną koszulę i szybko wskoczyłam pod prysznic. Ogólnie rzecz biorąc, w łazience spędziłam ponad pół godziny, relaksując się po tak długiej podróży, a gdy z niej wyszłam, od razu wśliznęłam się do łóżka i mocno zasnęłam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz