...

...

1.3

Miałem może dwie godziny do północy. Siedziałem na dachu małej chatki w środku lasu z nogami podwiniętymi pod siebie. Wpatrywałem się w księżyc w pełni, wspominając dawne czasu. Dziś mijała dwutysiączna rocznica śmierci mojej matki. Przymknąłem oczy, wdychając wolno niosącą się od strony morza bryzę. Czułem, że w najbliższym czasie coś się wydarzy.
Miałem niewielkie poczucie winy, że nie poświęciłem tak pięknej nocy Aracie, ale chyba nie potrafiłbym cieszyć się ciepłem jego ciała mając zawieszone w świadomości niczym obrazek na ścianie wspomnienie krwi zalewającej piękne szaty matki. Była wtedy w błękitnym sari, a we włosy miała wpięte trzy fioletowe irysy. Kwiaty te, choć obce na naszych ziemiach, sprowadzono z daleka specjalnie dla niej. Szkarłat lepił jej długie, lśniące włosy, plamił jedwab i rozchodził się strużkami na wszystkie strony, skapując ze schodów i podpływając pod najbliższe drzwi. Do tej pory nie wiem tak naprawdę, z czyich rąk zginęła - Athama, gdy mu się nie oddała, któregoś z najeźdźców gdy zaatakowała trzymanym mocno w dłoni sztyletem, czy w końcu sama podcięła sobie gardło, by skończyć swoje życie jako dumna królowa, a nie niewolnica seksualna.
Nagle w mojej głowie pojawiła się dość niepokojąca myśl - czy moi bracia jeszcze żyją? Jeszcze podczas wspólnego życia zorientowaliśmy się, że omija nas proces starzenia, ale nie byliśmy mimo wszystko nieśmiertelni. Właściwie, to powiedzieć, że nie omijał nas zupełnie czas, byłoby błędem. Ostatecznie rosły nam włosy, i to w tempie szybszym nawet niż u zwykłych ludzi. Poza tym, czasem chorowaliśmy, choć zdarzało się to rzadko i niezbyt poważnie.
Wstałem i zeskoczyłem zwinnie na poszycie z mchu i trawek, łamiąc przy okazji z głuchym trzaskiem jakąś gałązkę. Pomimo, że potrafiłem być zupełnie bezszelestny nawet w poniedziałek, nie widziałem potrzeby maskowania się. Powiedziałbym nawet, że starałem się narobić tyle hałasu, ile się dało. Dźwięki mnie uspokajały, świadczyły o tym, że jestem, naprawdę, tu  i teraz.
Gdzieś po drugiej stronie wyspy zawył samotny wilk, a już po chwili dołączyło do niego kilka innych osobników różnych gatunków. Skupiłem się na pieśni: dwa wilki, trzy wilczyce, jedno młode, trzy hieny, około dziesięciu dzikich psów i niedawno sprowadzony dingo. Moja kolekcja gatunków stanowiła wyposażenie równe najlepszym zoo, brakowało w niej tylko jednej rodziny - kotowatych. Nie potrafiłem zebrać się w sobie na tyle, by stanąć pyskiem w pysk z tygrysem, czy lwem. Dbałem o to, by nie pojawiły się tu nawet zwykłe mruczki w pokojach służby. Odchyliłem do tyłu głowę i zawyłem. Sam nie jestem pewny, czy wykorzystałem tylko ludzkie możliwości gardła, ale wkrótce wszystkie zwierzęta umilkły, jak gdyby z szacunkiem dla większego drapieżnika, a po chwili stanęła przede mną mała wataha. Jej przywódca - duży, biały basior - zamachał wesoło ogonem i podszedł do mnie zaczepnym krokiem. Pogłaskałem go po karku i wtuliłem twarz w gęste futro. Zbyt gęste, jak na tak gorący klimat.
- Spocisz się, złotooki łowco - wymruczałem rozbawiony, na co odpowiedziało mi wesołe, prawie rozumiejące szczeknięcie.
Moją nogę pociągnęło jedno ze szczeniąt, przeturlałem je więc i pociągnąłem za ucho, a  gdy zaniepokojona matka warknęła na mnie, odpowiedziałem jej tylko wysokim szczeknięciem, na wpół rozbawionym, na wpół pobłażliwym. Już po chwili rozpętała się bitwa na to, kto kogo więcej razu przewróci. Uwielbiałem zabawy z wilkami. Były inteligentne, towarzyskie, a przy tym traktowały mnie niemal jak część swojej watahy, bez względu na to, w jakiej postaci stawałem przed nimi. Nie do końca byłem pewny, czy wiedzą, że jestem jedną istotą, ale i nie zwracały na to zbytniej uwagi, dopóki pomagałem im polować i nie krzywdziłem młodych.
Mój czas powoli zaczął dobiegać końca, oddaliłem się więc kawałek od bawiącego się stada i oparłem ciężko o starą, potężną akację.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz