...

...

2.2

Akurat, gdy kończyłam robić sałatkę, a mój brat nakrywał do stołu, do naszych uszu dobiegł charakterystyczny chrzęst żwiru na parkingu za przed domem. Szybko podeszłam do okna, nawet nie po to, by się upewnić, czy to rzeczywiście mama, ale by zobaczyć w jakim jest humorze. Ujrzawszy jej zachmurzone oblicze i nerwowe ruchy, domyśliłam się, że coś jest nie tak. W pracy raczej nikt by jej tak nie zdenerwował, więc musiała dowiedzieć się, co zaszło w szkole Ryana. Ale od kogo? 
Odpowiedzi na to i inne pytania rodzące się w mojej głowie dostałam niemal natychmiast, gdyż mama wparowała do domu niczym chmura gradowa i od razu skierowała gniewne spojrzenie na syna.
- Jak mogłeś! - wrzasnęła lekko histerycznie. - Co ci strzeliło do głowy, żeby zrobić coś takiego! 
Słysząc to, zamarłam z zaskoczenia. Wszystkiego się mogłam spodziewać, ale na pewno nie tego! Mama nigdy by nie strofowała Ryana za to, że stanął w obronie słabszej dziewczynki, bo w końcu sama go tego nauczyła. Coś tu było nie tak. Ryan wiedział to równie dobrze, jak ja, ale był w takim szoku, że nawet się nie bronił i sama musiałam interweniować. 
- Mamo, to nie była jego wina - powiedziałam, siląc się na spokój. - Przecież bronił...
- Cicho bądź Natalie! - warknęła na mnie mama. - Ty też nie jesteś bez winy!
- A co ja niby zrobiłam?! - oburzyłam się.
- Nie zadzwoniłaś, żeby mi powiedzieć, co się dzieje! - zarzuciła mi matka. - Za dobrze cię znam, żeby nie wiedzieć, że nic byś mi nie powiedziała, i gdyby pani McMillan do mnie nie zadzwoniła, nie miałabym pojęcia, co zmalował! Nie spodziewałaby się tego po nim! Przecież nie tak go wychowałam....
Mama kontynuowała tyradę, ale ja przestałam już jej słuchać. Za to zaczęłam przeklinać w głowie siebie i tą jędzę. Kompletnie zapomniałam, że mama przyjaźni się z jedną z nauczycielek Ryana, która, nie dość, że wtrąca się w nie swoje sprawy, to jeszcze uwielbia plotkować, a, co najgorsze, przekręcać zasłyszane informacje tak, by pasowały do jej upodobań. Nie muszę chyba dodawać, że pani McMillan szczerze i z wzajemnością nie znosi Ryana. Myślałam jednak, że mama o tym wie i każdą otrzymaną od nauczycielki informacje dzieli przez 5. No, ale nawet jeśli dawniej tak było, to teraz najwyraźniej uwierzyła jej bez zastrzeżeń. Teraz tylko pozostało pytanie, co ta stara jędza jej naopowiadała? 
- A co według niej zmalował? - zapytałam, przerywając mamie wpół słowa.
- Jak to: co?! Przecież pobił jakiegoś Bogu ducha winnego chłopaka! I to bez żadnego powodu! - mama była w takim stanie, że jeszcze chwila, a rzuciłaby się na Ryana.
Wiedziałam, że teraz nic do niej nie dotrze i najlepiej zniknąć jej z oczu. Machnęłam ręką na brata, dając mu do zrozumienia żeby dyskretnie się ulotnił, po czym zrobiłam mamie miętowej herbaty i prawie siłą usadziłam ją przy stole. Widziałam, że złość powoli z niej uchodzi, pozostawiając po sobie przygnębienie i gorycz porażki wychowawczej, za jaką uważała zachowanie Ryana. Nie odzywałam się, tylko podałam mamie herbatę, po czym usiadłam na przeciwko. Przez następne pięć minut mama koncentrowała się tylko na kubku aromatycznego napoju w jej ręku, zawzięcie unikając mojego wzroku.
- Mamo... - zaczęłam, ale mi przerwała.
- Nawet nie próbuj go tłumaczyć - warknęła, wciąż na mnie nie patrząc.
- Nie mam zamiaru - prychnęłam. - Chciałam tylko zapytać, czy w jakikolwiek sposób potwierdziłaś wersję pani McMillan? 
Tak, jak przypuszczałam, to pytanie kompletnie zbiło ją z pantałyku.
- Że co?
- To, że skoro nie chcesz wysłuchać mnie ani Ryana, powinnaś chociaż zadzwonić do dyrekcji - powiedziałam łagodnie. - Tam wyjaśnisz całą sprawę.
Nie było to częścią pierwotnego planu, ale już wolałam, jak mama nie odstępowała nas na krok i kontrolowała każdy ruch, niż gdyby miała fałszywie oskarżać Ryana. Poza tym, widziałam, że gdy wróciła, była na granicy histerii i po prostu musiałam ją doprowadzić do normalnego stanu. 
Mama jednak nawet się nie ruszyła, tylko patrzyła na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Westchnęłam sfrustrowana i podałam jej mój telefon, przedtem wykręcają odpowiedni numer. Mama bez słowa wzięła ode mnie telefon i zaczęła rozmawiać z sekretarką, a potem z dyrektorem. Kiedy skończyła, zapytałam z nadzieją:
- I co? Wszystko się wyjaśniło? 
Mama milczała chwilę, po czym kiwnęła głową, a ja widziałam jak ukradkiem oddycha z ulgą. Uśmiechnęłam się do niej, myśląc, że wszystko jest już w porządku. Zawołałam Ryana, który już zdążył zmyć z twarzy tą odrobinę makijażu, którą mu wcześniej zrobiłam, wiedząc, że nie ma sensu ukrywać opuchlizny. Gdy zszedł, we trójkę zasiedliśmy do obiadu. W trakcie panowała dziwna atmosfera. Mama nie odezwała się do nas ani słowem przez cały posiłek. Dopiero, kiedy wstałam, by pozbierać naczynia, machnęła na mnie ręką, bym z powrotem zajęła swoje miejsce. Gdy posłusznie usiadłam powiedziała:
- Cieszę się, że całą sytuacja nie była twoją winą - zwróciła się do Ryana. - Dobrze zrobiłeś, broniąc tej dziewczynki. Jednak nie zmienia to faktu, że uczestniczyłeś w bójce, a ty próbowałaś to przede mną ukryć - mówiąc to, rzuciła mi karcące spojrzenie. - Dlatego oboje macie szlaban i możecie wychodzić jedynie do szkoły. Nie chcę też widzieć żadnych znajomych przychodzących do tego domu. Od dzisiaj, aż do odwołania, waszym głównym zadaniem jest nauka. Aha i rekwiruję twoją komórkę - mówiąc to zgarnęła do torebki moją komórkę. 
Jak łatwo się domyślić, oboje z Ryanem zaczęliśmy protestować. Matka uciszyła nas jednak ostrym spojrzeniem, po czy szybkim krokiem przeszła do swojego pokoju, z trzaskiem zamykając za sobą drzwi. Wymieniliśmy z bratem porozumiewawcze spojrzenia.
- Miało być tak pięknie...
- A wyszło jak zwykle - dokończyłam za niego. - No cóż, c'est la vie - wzruszyłam ramionami po czym zabrałam się za zmywanie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz