...

...

2.6

Obudziło mnie ostre światło, przebijające się do pokoju mimo zasuniętych zasłon. Zerknęłam na zegarek i aż jęknęłam zdegustowana bo dopiero co wybiła siódma. Odwróciłam się tyłem do okna i wsadziłam głowę pod poduszkę w nadziei, że uda mi się pospać jeszcze godzinę lub dwie, ale nic z tego nie wyszło. W końcu wygrzebałam się z pościeli i z zazdrością spostrzegłam Ryana, który spał mocno, nieczuły na panujące w pokoju warunki, za to mamy nigdzie nie było więc domyśliłam się, że poszła na swój zwyczajowy, poranny jogging. Starając się nie obudzić brata przeszłam przez pokój i po cichu wśliznęłam się do łazienki. Po szybkim prysznicu, przebrałam się w zwiewną, niebieską sukienkę po czym wysuszyłam włosy, które natychmiast zaczęły się lekko kręcić, a na koniec zrobiłam lekki makijaż. 
Akurat kiedy wyszłam z łazienki, Ryan zaczął się wiercić, aż w końcu niemrawo otworzył oczy. 
- Cześć śpiochu - powiedziałam z uśmiechem, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. 
Brat zmierzył mnie niezbyt przytomnym wzrokiem.
- Dokąd cie niesie Nat? - wymamrotał 
- Jeszcze nie wiem - wzruszyłam ramionami po czym wyjęłam lustrzankę z etui - Powiedzmy, że idę zrobić mały zwiad i go udokumentować. Wybierzesz się ze mną?
Tak jak się spodziewałam chłopak natychmiast zaprzeczył. 
- Wolę jeszcze trochę pospać.
- Twój wybór - wywróciłam oczami - Skoro wolisz spędzić wakacje w łóżku to proszę bardzo, ale ja chcę mieć co wspominać...
- I mieć czym się chwalić na uczelni - dopowiedział złośliwie, przez co oberwał poduszką - Ej! 
- No co? - spytałam niewinnie - Pilnuję tylko żeby ci było wygodnie braciszku, dodatkowa poduszka zawsze się przyda nieprawdaż?
W odpowiedzi Ryan rzucił mi przerysowane, złowieszcze spojrzenie, a ja parsknęłam śmiechem i szybkim krokiem wyszłam z pokoju.
Na korytarzu było cicho, tak samo jak w recepcji, jednak gdy tylko wyszłam na ulice wokół mnie przewaliły się istne tabuny ludzi, zarówno tutejszych jak i turystów. Nie bardzo wiedziałam dokąd iść, nie mogłam też nikogo zapytać, jak trafić do tutejszych zabytków bowiem mój głos nie miał szans przebić się przez panujący wokół harmider, Tak więc jedyne co mogłam zrobić to iść za tłumem. W ten właśnie sposób, po około pół godzinnym marszu, dotarłam do Bramy Indii czyli pomnika poświęconego Indusom, którzy polegli w czasie I wojny światowej. Dopiero tam tłum przerzedził się na tyle, że mogłam uzyskać choć odrobinę wolnej przestrzeni. Wyjęłam odpowiedni obiektyw i obeszłam zabytkowy pomnik by uwiecznić z jak najkorzystniejszej perspektywy. 



1.6

Zapach, mocno, nowo, słono, pot, kot, duży-brat. Szurnięcie, głośno, dwunożny-brat, gałąź, zwierzyna, płoszyć.
Warknięcie, długie "Uważać, !. "
Głos, cicho " Przepraszam, wyszedłem ostatnio z wprawy. "
Mruknięcie, niezadowolenie.
Węszenie, zapach, nowo, słono, pot, mocno, bardzo. Ruch, szelest. Nogi, wysoko, sztywno, stanie.
Warknięcie, ostro. wysoko, sztywno, ogon, sierść, dużo, wysoko.
Głos, cicho "Co się dzieje?"
Syknięcie, krótko.
Ciemno.


Obudziłem się z głową bolącą, jak gdyby przejechał po niej pociąg dostawczy. Spróbowałem się podnieść, ale powstrzymała mnie ciepła, szeroka dłoń na przedramieniu. Przy mnie, obok puchowaego łóżku, na ktrórym leżałem, sedział na jakimś stołku Arata.
- Co się dzieje, gdzie ja jestem? - spytałem słabo i skrzywiłem się, gdy moją skroń przeszył ostry ból pourazowy.
- Spokojnie, mój mały książę - usłyszałem przyjemny tembr głosu Araty, nieco przyćmiony, jak gdyby wypowiedziany zza cienkiej szyby. - Pamiętasz, co się działo, zanim straciłeś przytomność?
- Mniej więcej... od razu, jak przylecieliśmy do Indii, zawiozłeś nas gdzieś wgłąb kraju, w dżungę. A tam tropiłem... ale nie do końca jestem pewien, co. Wtedy wydawało mi się oczywistym, żeby podążać za zapachem, ale nie kojarzę go z niczym, przynajmniej teraz - podciągnąłem się na rekach do siadu, mimo protestu Araty.
- Szedłeś za zapachem swojego brata i dostałeś w głowę od Jassen, strażniczki tego domu. Nie pomyślałem, żeby uprzedzić kogokolwiek o naszym przybyciu, więc możesz zrzucić winę na mnie - pogłaskał mnie czule po boku głowy, a ja tylko pokiwałem przecząco.
- Więc jesteśmy teraz u mojego brata... U którego? I co się działo przez te cztery dni, odkąd zemdlałem? - spytałem dość rzeczowo, starając się skupić uwagę na głosie Araty, żeby chociaż trochę zmniejszyć ból.
- Thaval, trzeci w kolejności - skinął tylko głową na znak, że przyjąłem do wiadomości. - I nie byłem nieprzytomny cztery dni, tylko kilka godzin. Nie wiem, dlaczego, ale wygląda na to, że panują tu bardzo ciekawe warunki, dzięki którym utrzymujesz ludzką formę przez cały czas. Oczywiście, nie mogę być pewny, co do całokształtu, nie za bardzo potrafiłem się porozumieć z Jassen. Sam wiesz, jak bardzo zaawansowane jest moje hindi - zachichotałem lekko, przypominając sobie niegdysiejsze próby Araty nauczenia się mojego ojczystego języka.
Jeszcze przez najbliższe dziesięć minut rozmawialiśmy o mniej lub bardziej poważnych sprawach, aż w końcu drzwi się otwarły i do pokoju weszła kobieta, prawdopodobnie Jassen. Była dość niska, zwłaszcza, jak na Indyjkę, miała karnację koloru palonego cukru, dusze, migdałowe oczy o ciemnobrązowych tęczówkach. Ubrana była w coś, co dla mnie było parodią tradycji, ale mogło zostać stworzone po moim opuszczeniu ziem ojca i być obecnie klasyką.
- Witam małego księcia - uśmiechnęła się, odzywając do mnie w płynnym hindi o nieznanym mi akcencie. Jej tytułowanie zirytowało mnie, nie okazywała najmniejszego szacunku.
- Nie wiem, kim jesteś dla mojego brata, ale w każdym razie jeszcze jedno takie słowo będzie cię kosztowało głowę - powiedziałem, starając się nie pokazać tonem zbytnio swojej wrogości, żeby nie niepokoić Araty.
- Przepraszam ale nie rozumiem. Z tego, co pan Thaval mi mówił, to gepardem jest jego najmłodszy brat...
- I powiedział ci również, że możesz prawo do księcia pierwszego rzędu zwracać się jak do kolegi z pola, tak? - syknąłem i szybko chwyciłem Aratę za rękę, żeby uspokoić jego nerwowe spojrzenie. - Wyjdź stąd - w końcu oświadczyłem. - Wyjdź, nie mam zamiaru rozmawiać z kimkolwiek , dopóki mój brat sie nie pojawi.





2.5

Jak można było przewidzieć, na moją podwózkę musiałam czekać znacznie dłużej, niż godzinę. W końcu, jednak, przed budynek lotniska nadjechała mała i nieco rozklekotana riksza. Wysiadł z niej naburmuszony kierowca, a ja ze zdziwieniem skonstatowałam, że jest znacznie ode mnie młodszy. Chłopak miał jakieś... czternaście lat. I chyba nie znał angielskiego, bo gdy tylko do mnie podszedł, zaczął na migi pokazywać, żebym wsiadła na rikszę, a potem w trochę komiczny sposób przedstawił jazdę i hotel u celu. No, przynajmniej wydawało mi się, że pokazał hotel, ale pewna nie byłam. Mój telefon nie miał tu zasięgu, więc nie bardzo mogłam zadzwonić mamy i się upewnić. Musiałam zaryzykować.
Wsiadłam do pojazdu, który zatrzeszczał, jakbym ważyła co najmniej sto kilo. Chłopak usiadł przede mną i zaczął pedałować z zadziwiającą prędkością. Nie spodobało mi się to, zwłaszcza, że pojazd trząsł się przy każdym wertepie i musiałam się mocno trzymać, żeby nie wypaść na zakrętach. Miałam nadzieję, że po góra dwóch kilometrach mój młody kierowca zwolni, ale on pędził przez całe dwie godziny, zręcznie omijając jadące po obu stronach samochody. 
Kiedy wreszcie riksza zakołysała się po raz ostatni, z ulgą wyskoczyłam na chodnik i skinieniem głowy podziękowałam kierowcy. Potem z zaciekawieniem przyjrzałam się hotelowi. Budynek nie był może szczytem mody, ale niewątpliwie miał swój urok. Marmurowe, nakrapiane miką ściany, niewielka wieżyczka u wejścia oraz mnóstwo wijących się w różnych kierunkach schodów nadawało mu niepowtarzalnego stylu. W środku również było wyjątkowo i jakoś tak bajkowo jednak dało się to zauważyć dopiero po kilku minutach, kiedy wzrok przyzwyczajał się do nadmiernej ilości intensywnych kolorów....
- Mogę w czymś pomóc? 
Zaabsorbowana nietypowym wnętrzem, aż podskoczyłam, usłyszawszy za plecami melodyjny kobiecy głos. Odwróciłam się i ujrzałam Induskę, prawdopodobnie tutejszą recepcjonistkę. 
- Ja... tak, proszę - wykrztusiłam lekko zmieszana. - Nazywam się Natalie Larson - dodałam już pewniejszym tonem. - Jestem tu zakwaterowana razem z rodziną.
- Z rodziną? - kobieta uniosła brwi, po czym rozejrzała się dookoła, a ja zorientowałam się, że szuka rzeczonej rodziny. 
- Oni już tu są - wyjaśniłam szybko. - Przyjechali jakieś trzy i pół godziny temu. Ja się nie zmieściłam w samochodzie, więc musiałam poczekać. 
Zabrzmiało to tak, jakbym zajmowała nie wiadomo ile miejsca, więc zaczerwieniłam się odrobinę, ale kobieta nie zwróciła na to uwagi. 
- W takim razie zaraz sprawdzimy, w którym są pokoju - powiedziała z miłym uśmiechem, po czym poprowadziła mnie do dużego kontuaru, na którym leżała gruba księga. - Lourent... Louise... Larry... - mruczała, przerzucając strony. - Larson, pokój 26, tymi schodami na drugie piętro - gestem wskazała kierunek. 
- W porządku, dziękuję za pomoc - powiedziałam uprzejmie, po czym pobiegłam na górę. 
Pokój znalazłam dość szybko, ale zastałam w nim tylko mamę, bo, jak się można było spodziewać, Ryan poszedł na deskę. W sumie, to nawet się z tego cieszyłam, przynajmniej nie musiałam słuchać przytyków, jak "cudownie" wyglądam, bez których by się nie obyło, gdyby brat był teraz w pobliżu. Zresztą, i bez jego uszczypliwych uwag wiedziałam, że jestem spocona, włosy mam potargane, a ubranie zakurzone. Porwałam, więc z torby nocną koszulę i szybko wskoczyłam pod prysznic. Ogólnie rzecz biorąc, w łazience spędziłam ponad pół godziny, relaksując się po tak długiej podróży, a gdy z niej wyszłam, od razu wśliznęłam się do łóżka i mocno zasnęłam...



1.5

- Ty sobie chyba żartujesz! - prychnąłem zniesmaczony i oburzony. - Nawet jak mnie uśpisz, i tak nie ma takiej siły na niebie i ziemi, która by mnie wepchnęla do klatki! - syknąłem ostrzegawczo, przestając panować nad półzwierzęcymi odruchami.
- Uspokój się, Shin - Arata uśmiechnął się ładodnie po przeciwlełej stronie stołu. Wiedziałem, że użył mojego imienia (a właściwie jego wersji mojego imienia), ale jakoś załagodzić sytuację, formalizującją, ale nie miałem zamiaru na to pozwolić.
- Nie mam zamiaru. Żyję już te dwa tysiące lat i jeszcze nikt nie był na tyle bezczelny, żeby próbować mnie wepchnąć do klatki jak jakiegoś kundla!
- Tak, wiem, przepraszam. Ale jedyne, co udało mi się uzyskać, to zezwolenie na lot na czwartek. A dobrze wiem, że jesteś wtedy kotem - jego głos byl zrezygnowany i wyczuwałem, że chyba za bardzo poniosła mnie wciąż obecna książęca duma.
- Wiem, przepraszam - powiedziałem zgaszonym tonem, po czym podszedłem do niego i polizałem nieśmiało po szyi. Nie był to zwyczaj typowo koci, a wilczy, ale i tak się spodobał Aracie. Wyciągnął zachęcająco szyję i splótł dłoni wokół mojej talii.
- Nie szkodzi, kotku - wymruczał zadowolony, ciągnąc mnie delikatnie za ucho. - Właściwie, to nigdy nie zapytałem. Jak właściwie jest kot w hindi?
- Billī, a kocię to bilauṭā - odpowiedziałem lekko, starając się użyć jak najwyraźniejszego akcentu. W mojej ojczyźnie słowa zlewały się ze sobą w jeden długi ciąg melodyczny, więc często pomijano końcówki lub dorabiano nowe. Zawsze jednak na piśmie wszystko było według przyjętej gramatyki i pisowni.
- Ładnie. Bilauta - powtórzył Arata nieco łamaną wymową, ale nie zwróciłem mu uwagi. Podobał mi się dźwięk tego słowa w jego ustach. Pzeciągnąłem się i usiadłem kątem uda na kolanach Araty. Śliski materiał moich spodni znusił mnie do ciągłego manewrowania, żeby nie zjechać, ale nie narzekałem. Bliskość i ciepło ciała Araty rekompensowały wszystko.
- Dużo masz dziś jeszcze do zrobienia? - spytałem w końcu.
- Pomyślmy... - mój  ukochany zastanowił się przez chwilę. - Muszę potwierdzić wylot, jeśli się zgodzisz, znaleźć odpowiedni hotel, zapewnić bezpieczeństwo wyspy na czas naszej nieobecności, dopilnować zakończenia giełdy na Manhattanie... - zaczął wyliczać, a ja mimowolnie zgarbiłem się nieco i niemal fizycznie położyłem po sobie uszy. - Ale - dodał. - Dla ciebie zawsze znajdę odpowiednio dużo czasu - chciałem się uśmiechnąć, ale Arata mnie uprzedził pocałunkiem. Naprawdę konkretnym, stęsknionym pocałunkiem. Arata był może nieco brutalny, ale podobało mi się to, czułem sie bezpieczny dzięki jego dominacji w naszym związku. Wiedziałem, że zawsze mam otwarte drzwi do ucieczki za jego szerokie ramiona.

Krzyknąłem po raz ostatni, po czym opadłem na łokcie, ciężko dysząc. Byłem wyczerpany i nieco obolały, ale nie oddałbym ani sekundy z ostatnich dwóch godzin.
- Kocham cię, bilauta - wyszeptał mi wprost do ucha Arata. Czułem dotyk jego ciepłej, wilgotnej od kropelek potu skóry na swoich plecach. Twarda muskulatura mięśni brzucha stanowiła kontrast do mojej drobnej sylwetki o wręcz wychudzonych kształtach i szczątkowej sile. - Jak się czujesz? - spytał z troską w głosie.
- Nic mi nie jest - wychrypiałem, po czym odkaszlnąłem lekko i obróciłem górną część tułowia i głowę tak mocno, jak tylko pozwalała mi na to sytuacja, po czym pocałowałem Aratę w policzek. Ten uśmiechnął się miękko i pogłaskał mnie po włosach.
- To dobrze. Bałem się, że za dużo od ciebie wymagałem po tak długiej przerwie - stwierdził, po czym usiadł zręcznie na kolanach i zaczął jeździć palcem po moim kręgosłupie. - Żeby tak wreszcie skończyła się ta cała farsa - westchnął, po czym na chwilę dotyk jego dłoni zniknął, by pojawić się po krótkiej przerwie.
- Masz jeszcze godzinę. Jakieś specjalne życzenia? - spytał mruczącym głosem.
- Tylko jedno - odpowiedziałem, a gdy nie doczekałem się reakcji, obróciłem się na plecy i uśmiechnąłem szeroko - nie opuszczaj mnie dziś aż do rana.

2.4

- Witamy pasażerów lotu 7862 Anchorage do Delhi - rozległo się z głośników, ledwo zajęliśmy miejsca w samolocie. - Prosimy zapiąć pasy, gdyż już za kilka minut będziemy startować...
Zrobiłam, co mi kazano, ale nie słuchałam dalszego wywodu stewardessy, który dotyczył zapewne zasad bezpieczeństwa i lokalizacji wyjść ewakuacyjnych. Zamiast tego wyjrzałam przez niewielkie okienko, rozmyślając o poprzednim dniu, który dosadnie opisuje jedno słowo: wariatkowo.
A to wszystko dlatego, że kiedy tylko mama przekazała nam te wszystkie rewelacje, oboje z Ryanem pobiegliśmy do swoich pokoi, by się spakować i zobaczyć, czego ewentualnie nam brakuje. Mama próbowała kontrolować wszystko, jak to ona, przez co zrobiło się jeszcze większe zamieszanie. Trwało to dość długo, bo wszyscy krążyliśmy po całym domu w poszukiwaniu zagubionych rzeczy, które koniecznie chcieliśmy zabrać. W końcu, około piątej po południu, udało nam się wreszcie zrobić kompletną listę zakupów i pojechać do centrum handlowego na obrzeżach miasta. Zakupy zajęły na kolejne dwie godziny, ale przynajmniej kupiliśmy wszystko, czego nam potrzeba. Po powrocie do domu mama zarządziła, że mamy natychmiast kłaść się do łóżek. Zanim, jednak, to zrobiłam, upewniłam się jeszcze, czy aparat jest naładowany i spakowałam podręczną torebkę. Wreszcie byłam gotowa.
Myślałam, że uda mi się przespać kilka godzin, ale nic z tego nie wyszło, bo chodź na lotnisko mieliśmy ledwie pół godziny drogi, mama obudziła nas o absurdalnie wczesnej porze. Nie mogła zrozumieć, czemu razem z bratem nie mogę powstrzymać się od ziewania i zerkam na nią spode łba. Zresztą, nie wiem nawet, czy to do niej dotarło, bo była tak spanikowana i zaabsorbowana wyjazdem, że nic do niej nie docierało.
Uspokoiła się dopiero teraz, gdy już minęło niebezpieczeństwo, że nie zdążymy albo, co gorsza, że zdarzy się jakiś wypadek. Ukradkiem śledziłam, jak z wolna spada jej poziom ekscytacji pomieszanej z niepokojem i zasypia z głową opartą o moje ramię. Ryan wkrótce poszedł w jej ślady, więc gdy samolot wreszcie wystartował, oboje pochrapywali cichutko na sąsiednich fotelach. Ja, jednak, mimo zmęczenia, nie mogłam zasnąć. Co dziwne zamiast radości i podniecenia z wyjazdu, czułam dziwny niepokój ściskający mój żołądek. Czyżby mi się udzieliło od mamy…? Nie, nigdy nie należałam do czarnowidzów i nie bałam się wyzwań i niespodzianek. Więc, dlaczego na myśl o Indiach dostawałam gęsiej skórki?
„To pewnie przez te ostatnie dwa tygodnie” - pomyślałam, chcąc jakoś wyjaśnić i zbagatelizować sytuację. – „Za dużo stresu i negatywnych emocji. Muszę odpocząć, inaczej zrobi się ze mnie taka jędza, jaką jest pani Cornelius.”
Doszedłszy do tych wniosków, rozluźniłam się nieco i zapadłam w drzemkę...

Gdy po kilkunastu godzinach samolot wreszcie wylądował, byłam znudzona i, mimo kilku drzemek, jeszcze bardziej zmęczona. Marzyłam tylko o gorącej kąpieli i wygodnym łóżku. Niestety, zanim to moje marzenie miało się spełnić, czekała mnie jeszcze godzina jazdy do hotelu, i to w jakimś ciasnym autku. Ściślej mówiąc, auto było po prostu zapchane rozmaitymi towarami, które miały być dostarczone do hotelu razem z gośćmi.
- Ładna mi nagroda za ciężką pracę - prychnęłam zniesmaczona. - Za jazdę tym czymś powinni ci raczej wypłacić odszkodowanie, mamo. Twoi szefowie dobrze wiedzą, że masz problemy z kręgosłupem, a tu nie wsiądziesz inaczej, niż skulona. 
 - Jakoś to przeżyję córeczko - uśmiechnęła się do mnie mama. - Ale wy...
Urwała wpół słowa, bo właśnie w tej chwili podszedł do nas kierowca. 
- Pani Larson? - zapytał z mocnym akcentem, a gdy mama kiwnęła głową, powiedział. - Ja zawiezie panią do hotel. Proszę siedzieć.
To mówiąc, otworzył przed mamą drzwi pasażera, ale mama nie ruszyła się z miejsca. 
- A co z moimi dziećmi? - zapytała.
Kierowca obrzucił nas niechętnym spojrzeniem, po czym pokręcił głową. 
- Wszyscy nie jechać. Chłopak może siedzieć z bagaże, ale lady musi czekać. Przyjechać po nią za godzina.
- Nie ma mowy! - zaprotestowała natychmiast mama. 
Ja, jednak, tylko westchnęłam cicho i powiedziałam:
- Dobrze, poczekam tutaj na pana.
- Natalie! 
- Mamo, nie ma sensu tracić czasu na kłótnie - powiedziałam łagodnie, kładąc jej dłoń na ramieniu. - Przecież sama widzisz, że nie ma innego wyjścia.
- Ale...
- Jedź z Ryanem do hotelu - poprosiłam, po czym dodałam żartobliwie. - Dopilnuj, żeby nie rozniósł hotelu na tej swojej desce. 
- Jasne - uśmiechnęła się mama, po czym zajęła miejsce obok kierowcy, a Ryan w tym czasie wgramolił się między pudła z towarem.
Pomachałam im na pożegnanie, a kiedy odjechali usiadłam na schodach przy wyjściu z lotniska, by przeczekać następną godzinę. Myślałam, że będzie mi się strasznie nudzić, ale okazało się, że znalazłam się w niesamowitym punkcie widokowym. Z zaciekawieniem obserwowałam podróżnych z różnych krajów, wraz z ich pupilkami, które często pochodziły prosto z dżungli. W końcu nie wytrzymałam i, wyjąwszy aparat z torebki, zaczęłam pstrykać zdjęcia co egzotyczniejszym zwierzakom. Moją uwagę przykuł zwłaszcza ogromny jaguar, którego kilku ludzi transportowało w ogromnej klatce. Zwierz miotał się w swoim przenośnym więzieniu, sprawiając tragarzom niemały kłopot. Widziałam, że jeszcze chwila, a upuszczą klatkę, która już chwiała się niebezpiecznie, a wtedy jaguarowi może stać się poważna krzywda.
- Stop! - zawołałam, gwałtownie zrywając się z miejsca i szybko podchodząc do tej niezwykłej grupy. Tragarze nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi, za to jaguar utkwił we mnie wielkie, szare oczy o srebrzystym odcieniu i uderzył ogonem w pręty klatki, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że muszę się bardziej wysilić. - Panowie! Zatrzymajcie się na chwilę, proszę! - krzyknęłam, zagradzając im drogę. 
- Panienko, ty stąd idź - mruknął niewyraźnie jeden z tragarzy. - My nieść wielki zwierz do rezerwat...
- Jeszcze trochę, a go tam nie doniesiecie - wytknęłam zirytowana. - Ta klatka jest tak niestabilna, że jak któryś z was się potknie, to stanie się krzywda i wam i zwierzakowi. 
- Innej klatki nie ma - wzruszył ramionami. - My sobie radzić, ale bestia się złości i utrudnia pracę. 
- To może warto by uspokoić waszego podopiecznego? - zapytałam, jakby to było oczywiste, ale tragarz pokręcił głową.
- Jaguar zły, mógłby nas poturbować. 
- Nic dziwnego, że jest zły - prychnęłam. - Trzymacie go w klatce i straszycie non stop kolor, a w dodatku robicie mu tu niezłą huśtawkę. 
- Więc, co panienka radzi? 
- Przede wszystkim, postawcie go na ziemi - zarządziłam.
Ku mojemu zdziwieniu, Indusi usłuchali i w mgnieniu oka klatka znalazła się na poboczu drogi, a tragarze zaczęli się od niej cofać. Gdy spojrzałam na nich nic nierozumiejącym, wzrokiem ten z którym rozmawiałam, szepnął:
- Ty iść i uspokoić jaguar. My czekać tutaj. 
Super. Wygląda na to, że wpakowałam się w niezłą kabałę i to na własne życzenie....
- Ależ panowie uprzejmi - zakpiłam. - W grupie dwunastu krzepkich chłopów, a boją się podejść do bezbronnego i uwięzionego zwierzaka! 
Po tych słowach, sama zbliżyłam się do klatki. Gdy tylko poczuł, że jest na ziemi jaguar zaczął przemierzać klatkę w tę i z powrotem, warcząc cicho. Odniosłam wrażenie, że daje w ten sposób sygnał, iż nie pozwoli się tak więcej traktować. Kiedy do niego podeszłam, z wolna uniósł głowę i utkwił spojrzenie srebrnoszarych oczu w mojej twarzy. Gdy i ja zajrzałam w te niezwykłe ślepia, zamarłam z zaskoczenia, gdyż nie dostrzegłam w nich instynktu obronnego, czy zwierzęcej wściekłości, a przebłyski niezwykłej inteligencji i jakby prośbę o pomoc. Miałam wrażenie, że jaguar doskonale rozumie, co się dzieje i jaką rolę w tym odegrałam. Nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle, ale coś ciągnęło mnie w stronę zwierza, więc zrobiłam jeszcze kilka kroków, po czym szepnęłam kojąco:
- Już wszystko jest w porządku. Nie zrobią ci nic złego - kot prychnął. - Wystarczy, żebyś się nie ruszał, a obiecuę, że wszystko będzie dobrze. Dojedziesz do rezerwatu i będziesz wolny.
Te słowa wyraźnie uspokoiły jaguara, więc cofnęłam się od klatki i wróciłam do tragarzy.
- Teraz możecie ruszać - oznajmiłam. - Ale nie huśtajcie nim za bardzo i nie drażnijcie.
- Panienka jest pewna?
Kiwnęłam głową, a tragarze niechętnie zbliżyli się do klatki. Gdy ją unieśli jaguar znieruchomiał, ale miałam wrażenie, że odszukał mnie wzrokiem.
- Powodzenia, kocie - powiedziałam z lekkim uśmiechem, po czym wróciłam na swoje dawne miejsce. Dopiero, kiedy tragarze zniknęli mi z oczu, uświadomiłam sobie, że nie zrobiłam jaguarowi ani jednego zdjęcia...


1.4

Przed przeczytaniem ostrzegam: trzeba mieć NAPRAWDĘ DUŻO wyobraźni językowej.
Przypominam również, że gepardy nie ryczą, za to ćwierkają, mruczą, warczą, syczą, miauczą, szczekają, prychają i co tam jeszcze kto sobie wymyśli.



Słońce, ciepło, miło, jasno. Futro, ciepło. Ziewnięcie, mocno, zęby, język, fala. Wilczy-brat, patrzyć, dziwne, wyglądać, oczy.
Szczek "Koci-brat, zabawa."
Prychnięcie "Tak." Łapy, lekko, wysoko, kroki, skok, przyczajenie, warkot, machnięcie ogonem. Skok, unik, atak, przeturlanie, wysoko, siad, krok, skok.

Zapach, dobrze, miło, dwunożny-brat. Machnięcie ogonem, szczek, pisk, ból, uderzenie, fuknięcie, wilczy-brat. Podskok, pisk, machnięcie ogonem, pysk przy nodze, dwunożny-brat. Przyjemne, łaskotanie, kark, futro, dwunożny-brat, przednia łapa, ciepło.
Pomruk "Mam ci coś ważnego do pokazania, chodź za mną."
Szczeknięcie, zaczepienie "Nie. Tu, dobrze."
Głos " Nie marudź, tylko chodź. Jak nie, to cię zaciągnę do domu, bez względu na protesty." Śmiech, złość, uśmiech, łaskotanie, gardło. " Znalazłem jednego z twoich braci."
Podniecenie, wesołość, uszy, ogon, wysoko, fala, podskok, szczeknięcie, mruczenie.
Głos "No widzisz? A tak narzekałeś. Idziemy?" 
Kiwnięcie pyskiem, szczek " Idę, dwunożny-brat, potrzeba."
Wycie "Nudno, iść, nie, szybko."
Warknięcie "Iść, ważne, potem, iść, wilczy-brat."
Smutek, pomruk "Iść, czekać, wilczy-brat."

Iść, dwunożny-brat, szczek, pisk, wysoko, szum, rytm. 
Głos "Naprawdę się cieszę, że jutro wreszcie staniesz na dwóch nogach, wiesz? Im szybciej ta cała farsa się skończy, tym lepiej." 
Warknięcie.
Głos "Tak, wiem, że to nie ja tutaj mam najgorzej. Ale i tak miło by było przytulić się wreszcie do ciebie na noc bez obawy, że przez sen przygniecie mnie twoja łapa. A możesz mi wierzyć, że mimo wszystko, zdecydowanie mniej ważą twoje kończyny w poniedziałki. No, ale z drugiej strony, to jaki postęp", śmiech "Można powiedzieć, że chudniesz w przeciągu jednej doby jakieś dwadzieścia kilo, więc nie ma na co narzekać."
Siad, znudzenie, ziewnięcie, język, mlask. Dwunożny-brat, stanie, obrót, głowa, krzywo. 
Głos "Idziesz ty, czy nie?"
Szczeknięcie "Dwunożny-brat, nudno, szczekać, ważne, nie. Dwunożny-brat, wolno."
Głos "Nie wiem, o co ci chodzi, ale lepiej dla ciebie, żeby to było coś miłego, wiesz?' śmiech. "Chodź już, to może pomyślę, czy cię jeszcze wypuszczę dziś."
Warknięcie, pysk, zęby, łapy, nisko.


Poduszka, lot, pacnięcie, łapa, obok. Głowa, nisko, poduszka, miękko. Szczek.
Głos, wesoło "Widzisz, jak ja dobrze cię znam?" Śmiech. Poważnie "A teraz słuchaj mnie uważnie. Postaram się mówić najbardziej oględnie..."
Szczek.
Głos "Co znowu? A, oględnie, tak?"
Szczek.
Głos "To znaczy, że będę mówił prosto, żebyś wszystko rozumiał. Jakbyś miał jakieś problemu ze skojarzeniem słów, to przerywaj mi, dobrze?"
Szczek, wesoło, ogon, fala.
Głos "No dobra, To zacznijmy od tego, że od jakiegoś już czasu tropiłem jednego z twoich braci. Nie wiem do końca, którego, ale jestem pewny, że to któryś z najstarszej trójki."
Mruknięcie.
"Oj, no... tygrys, lew lub jaguar. W każdym razie, coś dużego. Znalazłem jego ślady około dziesięciu lat temu, a teraz już znam jego dokładną lokalizację."
Szczeknięcie.
"Wiem, gdzie jest. Jutro, jak będziesz człowiekiem, to pokażę ci dokładne mapy... kartki z kreskami dróg... i wyjaśnię, gdzie jedziemy."
Podniecenie, szczek "Jedziemy, ?. Przyszłość, blisko, daleko, ?."
Głos "Jak najszybciej. Jeśli się uda, to powinniśmy być w Indiach najwyżej pojutrze. Muszę poruszyć kilka swoich kontaktów, ale nie powinno być problemów z tym."
Szczek, zdziwienie.
Głos "Znowu coś? Co tym razem?"
Warknięcie, irytacja, machnięcie ogonem.
Głos "Dobra, już dobra. Indie to miejsce, gdzie się urodziłeś i byłeś szczeniakiem. To rozumiesz już, tak?"
Szczeknięcie.
Głos "Co tam jeszcze było... pojutrze to za dwa słońca, a kontakty, to ktoś ważny, kogo znam i może mi pomóc w zdobyciu wszystkich papierów, bez których nas nie przepuszczą przez granice terytoriów dużych stad ludzi. Już wszystko?"
Szczek, wesoło.
Głos "To dobrze, a teraz chodź do mnie, coś mi się należy za tą harówkę."
Mruknięcie, wesoło. Łapy, wysoko, kroki. Łeb, przednia łapa dwunożnego-brata, ciepło, nacisk, miękko. Kark, pysk, ciepło, dobrze, miękko, łaskotanie. Mruczenie.
Mruczenie, cicho "Też cię kocham, mój mały książę. Szykuj się na jutro, nie wypuszczę cię przed północą".





2.3

Miałam wielką nadzieję, że mamie przejdzie po dwóch dniach i odpuści nam ten cały szlaban. Marzenia ściętej głowy... Nie tylko nie odpuściła, ale zawzięła się do tego stopnia, że każdego dnia wydzwaniała do naszych nauczycieli, by skontrolować, czy na pewno byliśmy na lekcjach. No i jeszcze dostawaliśmy opieprz o każdą minutę spóźnienia. Jednym słowem: masakra. Oboje z Ryanem staraliśmy się robić wszystko, by nie wchodzić mamie w drogę, ale i tak ostatnie dwa tygodnie były pełne sprzeczek, krzyków i awantur. 
Dzisiaj jednak była niedziela, a mama zdawała się tryskać humorem. Od rana się do nas uśmiechała i nie karciła o byle co, tak, jak przez ostatnie parę dni. Upichciła nawet lasagne na obiad, wiedząc, że to ulubione danie Ryana. Podejrzewałam, że coś jest na rzeczy, zwłaszcza gdy uparła się, byśmy zjedli obiad na tarasie bo "przecież jest taki piękny dzień". Gdy już zasiedliśmy do stołu, zaczęła beztrosko szczebiotać o jakichś zupełnie błahych sprawach. Zupełnie jak nie mama. Mniej więcej w połowie posiłku zorientowała się, że pilnie jej się przyglądamy i zapytała:
- Coś nie tak?
- Nie jesteś na nas zła? - odparłam niepewnie.
- Nie.
- Czyli szlaban już nie obowiązuje? - zapytał z nadzieją Ryan.
- Oczywiście, że obowiązuje - mama wywróciła oczami. - Ale uznałam, że skoro nie możecie wychodzić dla waszego bezpieczeństwa, to należy wam się jakaś przyjemność w zamian.
- Dla naszego bezpieczeństwa?! - zaprotestował Ryan, ale uciszyłam go szybko. Lepiej, żeby nie denerwował mamy. Zresztą, teraz nie było sensu się z nią kłócić, skoro i tak postawiłaby na swoim.
- Co masz na myśli mamo? - zapytałam.
- Pojedziemy na wakacje! - obwieściła z uśmiechem.
- Wakacje? - zapytałam zbita z tropu. - W środku semestru?
- Oj, dwa tygodnie ci nie zaszkodzą - prychnęła mama. - Zresztą, to nie ja wybierałam termin. Zaproponowano mi wyjazd jako nagrodę za wysokie wyniki w pracy.
- A dokąd właściwie mielibyśmy pojechać? - wtrącił Ryan.
- Do Indii - odpowiedziała podekscytowana mama, a widząc, że miny nam zrzedły dodała. - Wyobraźcie to sobie dzieciaki! Będziemy mieli zapewnione zakwaterowanie w luksusowym hotelu, spędzimy razem dużo czasu i zwiedzimy mnóstwo miejsc! Natalie zrobi wspaniałe zdjęcia i będzie fantastycznie.
Musiałam przyznać, że ta wizja była kusząca...
- Kiedy wyjeżdżamy? - zapytałam. - Bo przydałoby mi się zaopatrzyć w kilka nowych ciuchów i rzeczy potrzebnych w tamtym klimacie. Zresztą, wam również tego potrzeba.
- Hmm... obawiam się, że nie mamy na to zbyt wiele czasu - przyznała mama. - Samolot startuje jutro o 5.00 rano.



1.3

Miałem może dwie godziny do północy. Siedziałem na dachu małej chatki w środku lasu z nogami podwiniętymi pod siebie. Wpatrywałem się w księżyc w pełni, wspominając dawne czasu. Dziś mijała dwutysiączna rocznica śmierci mojej matki. Przymknąłem oczy, wdychając wolno niosącą się od strony morza bryzę. Czułem, że w najbliższym czasie coś się wydarzy.
Miałem niewielkie poczucie winy, że nie poświęciłem tak pięknej nocy Aracie, ale chyba nie potrafiłbym cieszyć się ciepłem jego ciała mając zawieszone w świadomości niczym obrazek na ścianie wspomnienie krwi zalewającej piękne szaty matki. Była wtedy w błękitnym sari, a we włosy miała wpięte trzy fioletowe irysy. Kwiaty te, choć obce na naszych ziemiach, sprowadzono z daleka specjalnie dla niej. Szkarłat lepił jej długie, lśniące włosy, plamił jedwab i rozchodził się strużkami na wszystkie strony, skapując ze schodów i podpływając pod najbliższe drzwi. Do tej pory nie wiem tak naprawdę, z czyich rąk zginęła - Athama, gdy mu się nie oddała, któregoś z najeźdźców gdy zaatakowała trzymanym mocno w dłoni sztyletem, czy w końcu sama podcięła sobie gardło, by skończyć swoje życie jako dumna królowa, a nie niewolnica seksualna.
Nagle w mojej głowie pojawiła się dość niepokojąca myśl - czy moi bracia jeszcze żyją? Jeszcze podczas wspólnego życia zorientowaliśmy się, że omija nas proces starzenia, ale nie byliśmy mimo wszystko nieśmiertelni. Właściwie, to powiedzieć, że nie omijał nas zupełnie czas, byłoby błędem. Ostatecznie rosły nam włosy, i to w tempie szybszym nawet niż u zwykłych ludzi. Poza tym, czasem chorowaliśmy, choć zdarzało się to rzadko i niezbyt poważnie.
Wstałem i zeskoczyłem zwinnie na poszycie z mchu i trawek, łamiąc przy okazji z głuchym trzaskiem jakąś gałązkę. Pomimo, że potrafiłem być zupełnie bezszelestny nawet w poniedziałek, nie widziałem potrzeby maskowania się. Powiedziałbym nawet, że starałem się narobić tyle hałasu, ile się dało. Dźwięki mnie uspokajały, świadczyły o tym, że jestem, naprawdę, tu  i teraz.
Gdzieś po drugiej stronie wyspy zawył samotny wilk, a już po chwili dołączyło do niego kilka innych osobników różnych gatunków. Skupiłem się na pieśni: dwa wilki, trzy wilczyce, jedno młode, trzy hieny, około dziesięciu dzikich psów i niedawno sprowadzony dingo. Moja kolekcja gatunków stanowiła wyposażenie równe najlepszym zoo, brakowało w niej tylko jednej rodziny - kotowatych. Nie potrafiłem zebrać się w sobie na tyle, by stanąć pyskiem w pysk z tygrysem, czy lwem. Dbałem o to, by nie pojawiły się tu nawet zwykłe mruczki w pokojach służby. Odchyliłem do tyłu głowę i zawyłem. Sam nie jestem pewny, czy wykorzystałem tylko ludzkie możliwości gardła, ale wkrótce wszystkie zwierzęta umilkły, jak gdyby z szacunkiem dla większego drapieżnika, a po chwili stanęła przede mną mała wataha. Jej przywódca - duży, biały basior - zamachał wesoło ogonem i podszedł do mnie zaczepnym krokiem. Pogłaskałem go po karku i wtuliłem twarz w gęste futro. Zbyt gęste, jak na tak gorący klimat.
- Spocisz się, złotooki łowco - wymruczałem rozbawiony, na co odpowiedziało mi wesołe, prawie rozumiejące szczeknięcie.
Moją nogę pociągnęło jedno ze szczeniąt, przeturlałem je więc i pociągnąłem za ucho, a  gdy zaniepokojona matka warknęła na mnie, odpowiedziałem jej tylko wysokim szczeknięciem, na wpół rozbawionym, na wpół pobłażliwym. Już po chwili rozpętała się bitwa na to, kto kogo więcej razu przewróci. Uwielbiałem zabawy z wilkami. Były inteligentne, towarzyskie, a przy tym traktowały mnie niemal jak część swojej watahy, bez względu na to, w jakiej postaci stawałem przed nimi. Nie do końca byłem pewny, czy wiedzą, że jestem jedną istotą, ale i nie zwracały na to zbytniej uwagi, dopóki pomagałem im polować i nie krzywdziłem młodych.
Mój czas powoli zaczął dobiegać końca, oddaliłem się więc kawałek od bawiącego się stada i oparłem ciężko o starą, potężną akację.




2.2

Akurat, gdy kończyłam robić sałatkę, a mój brat nakrywał do stołu, do naszych uszu dobiegł charakterystyczny chrzęst żwiru na parkingu za przed domem. Szybko podeszłam do okna, nawet nie po to, by się upewnić, czy to rzeczywiście mama, ale by zobaczyć w jakim jest humorze. Ujrzawszy jej zachmurzone oblicze i nerwowe ruchy, domyśliłam się, że coś jest nie tak. W pracy raczej nikt by jej tak nie zdenerwował, więc musiała dowiedzieć się, co zaszło w szkole Ryana. Ale od kogo? 
Odpowiedzi na to i inne pytania rodzące się w mojej głowie dostałam niemal natychmiast, gdyż mama wparowała do domu niczym chmura gradowa i od razu skierowała gniewne spojrzenie na syna.
- Jak mogłeś! - wrzasnęła lekko histerycznie. - Co ci strzeliło do głowy, żeby zrobić coś takiego! 
Słysząc to, zamarłam z zaskoczenia. Wszystkiego się mogłam spodziewać, ale na pewno nie tego! Mama nigdy by nie strofowała Ryana za to, że stanął w obronie słabszej dziewczynki, bo w końcu sama go tego nauczyła. Coś tu było nie tak. Ryan wiedział to równie dobrze, jak ja, ale był w takim szoku, że nawet się nie bronił i sama musiałam interweniować. 
- Mamo, to nie była jego wina - powiedziałam, siląc się na spokój. - Przecież bronił...
- Cicho bądź Natalie! - warknęła na mnie mama. - Ty też nie jesteś bez winy!
- A co ja niby zrobiłam?! - oburzyłam się.
- Nie zadzwoniłaś, żeby mi powiedzieć, co się dzieje! - zarzuciła mi matka. - Za dobrze cię znam, żeby nie wiedzieć, że nic byś mi nie powiedziała, i gdyby pani McMillan do mnie nie zadzwoniła, nie miałabym pojęcia, co zmalował! Nie spodziewałaby się tego po nim! Przecież nie tak go wychowałam....
Mama kontynuowała tyradę, ale ja przestałam już jej słuchać. Za to zaczęłam przeklinać w głowie siebie i tą jędzę. Kompletnie zapomniałam, że mama przyjaźni się z jedną z nauczycielek Ryana, która, nie dość, że wtrąca się w nie swoje sprawy, to jeszcze uwielbia plotkować, a, co najgorsze, przekręcać zasłyszane informacje tak, by pasowały do jej upodobań. Nie muszę chyba dodawać, że pani McMillan szczerze i z wzajemnością nie znosi Ryana. Myślałam jednak, że mama o tym wie i każdą otrzymaną od nauczycielki informacje dzieli przez 5. No, ale nawet jeśli dawniej tak było, to teraz najwyraźniej uwierzyła jej bez zastrzeżeń. Teraz tylko pozostało pytanie, co ta stara jędza jej naopowiadała? 
- A co według niej zmalował? - zapytałam, przerywając mamie wpół słowa.
- Jak to: co?! Przecież pobił jakiegoś Bogu ducha winnego chłopaka! I to bez żadnego powodu! - mama była w takim stanie, że jeszcze chwila, a rzuciłaby się na Ryana.
Wiedziałam, że teraz nic do niej nie dotrze i najlepiej zniknąć jej z oczu. Machnęłam ręką na brata, dając mu do zrozumienia żeby dyskretnie się ulotnił, po czym zrobiłam mamie miętowej herbaty i prawie siłą usadziłam ją przy stole. Widziałam, że złość powoli z niej uchodzi, pozostawiając po sobie przygnębienie i gorycz porażki wychowawczej, za jaką uważała zachowanie Ryana. Nie odzywałam się, tylko podałam mamie herbatę, po czym usiadłam na przeciwko. Przez następne pięć minut mama koncentrowała się tylko na kubku aromatycznego napoju w jej ręku, zawzięcie unikając mojego wzroku.
- Mamo... - zaczęłam, ale mi przerwała.
- Nawet nie próbuj go tłumaczyć - warknęła, wciąż na mnie nie patrząc.
- Nie mam zamiaru - prychnęłam. - Chciałam tylko zapytać, czy w jakikolwiek sposób potwierdziłaś wersję pani McMillan? 
Tak, jak przypuszczałam, to pytanie kompletnie zbiło ją z pantałyku.
- Że co?
- To, że skoro nie chcesz wysłuchać mnie ani Ryana, powinnaś chociaż zadzwonić do dyrekcji - powiedziałam łagodnie. - Tam wyjaśnisz całą sprawę.
Nie było to częścią pierwotnego planu, ale już wolałam, jak mama nie odstępowała nas na krok i kontrolowała każdy ruch, niż gdyby miała fałszywie oskarżać Ryana. Poza tym, widziałam, że gdy wróciła, była na granicy histerii i po prostu musiałam ją doprowadzić do normalnego stanu. 
Mama jednak nawet się nie ruszyła, tylko patrzyła na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Westchnęłam sfrustrowana i podałam jej mój telefon, przedtem wykręcają odpowiedni numer. Mama bez słowa wzięła ode mnie telefon i zaczęła rozmawiać z sekretarką, a potem z dyrektorem. Kiedy skończyła, zapytałam z nadzieją:
- I co? Wszystko się wyjaśniło? 
Mama milczała chwilę, po czym kiwnęła głową, a ja widziałam jak ukradkiem oddycha z ulgą. Uśmiechnęłam się do niej, myśląc, że wszystko jest już w porządku. Zawołałam Ryana, który już zdążył zmyć z twarzy tą odrobinę makijażu, którą mu wcześniej zrobiłam, wiedząc, że nie ma sensu ukrywać opuchlizny. Gdy zszedł, we trójkę zasiedliśmy do obiadu. W trakcie panowała dziwna atmosfera. Mama nie odezwała się do nas ani słowem przez cały posiłek. Dopiero, kiedy wstałam, by pozbierać naczynia, machnęła na mnie ręką, bym z powrotem zajęła swoje miejsce. Gdy posłusznie usiadłam powiedziała:
- Cieszę się, że całą sytuacja nie była twoją winą - zwróciła się do Ryana. - Dobrze zrobiłeś, broniąc tej dziewczynki. Jednak nie zmienia to faktu, że uczestniczyłeś w bójce, a ty próbowałaś to przede mną ukryć - mówiąc to, rzuciła mi karcące spojrzenie. - Dlatego oboje macie szlaban i możecie wychodzić jedynie do szkoły. Nie chcę też widzieć żadnych znajomych przychodzących do tego domu. Od dzisiaj, aż do odwołania, waszym głównym zadaniem jest nauka. Aha i rekwiruję twoją komórkę - mówiąc to zgarnęła do torebki moją komórkę. 
Jak łatwo się domyślić, oboje z Ryanem zaczęliśmy protestować. Matka uciszyła nas jednak ostrym spojrzeniem, po czy szybkim krokiem przeszła do swojego pokoju, z trzaskiem zamykając za sobą drzwi. Wymieniliśmy z bratem porozumiewawcze spojrzenia.
- Miało być tak pięknie...
- A wyszło jak zwykle - dokończyłam za niego. - No cóż, c'est la vie - wzruszyłam ramionami po czym zabrałam się za zmywanie.




1.2

Wsłuchiwałem się w powoli ciągnąca się melodię wygrywaną przez moje palce na wiekowym, ale wciąż w idealnym stanie, sarangi. Sam nie wiem, dlaczego po tylu miesiącach odstawki sięgnąłem znowu po ten instrument. Może ogarnęła mnie lekka nostalgia, tęsknota za starymi czasami, poczucie obowiązku obchodzenia starych świąt. Nie wiem, czy tamte czasy były lepsze, ale na pewno były to moje czasy. Nawet po tak długim okresie wciąż pamiętałem przyjemną atmosferę na dworze matki, dotyk jej dłoni, subtelny głos i gniew, gdy któryś ze starszych braci wyciął mi jakiś kawał. Nie czułem się teraz nieswojo, ale i tak nie myślałem o współczesności jako o miejscu, do którego należę.
Od czasu naszej porannej rozmowy zdążyłem się już przebrać z coś bardziej mi odpowiadającego, dlatego też miałem teraz na sobie czarne szarawary z szerokim pasem w złoty wzór, idealnie trzymające się na biodrach oraz bluzkę typu kimono, składającą się z dużego kawałka półprzezroczystego materiału, tworzącego szerokie rękawy zakończone obcisłą obrączką elastycznego materiału przy nadgarstkach. Miała bardzo szeroki dekolt, ledwie zasłaniając moje ramiona, dość wąskie jak na męskie. Na dole materiał kończył się nieco powyżej talii, ściągnięty podobnie do rękawów - elastycznym paskiem. Miałem więc odsłonięte nogi od łydek w dół, jeśli nie liczyć złotej bransoletki na  kostce, oraz brzuch, włącznie z pępkiem. Na twarzy miałem czarną woalkę ze złotym paskiem, podobną do tych używanych przez tancerki brzucha, czy damy dworu, ale bez cekinów i innych wzorów poza ozdobnym paskiem przytrzymującym ją na nosie. Poza tym podkreśliłem wyraźnie dolną linię oczu czarną kredką, kończąc ją trzema "rzęsami", a górną powiekę pociągnąłem cieniami w kolorze starego złota, łagodnie przechodzącymi w czerń po zewnętrznej stronie. Już za dziecka lubiłem używać swojego dziewczęcego wyglądu na korzyść, dlatego też często ubierałem się w niemal kobiece stroje, wykorzystując przewagę braku ograniczeń odsłaniania ciała. Efekty takich zabiegów były naprawdę powalające, nieraz udawało mi się uzyskać od wasalów mojego ojca zdecydowanie więcej, niż któremukolwiek ze starszych braci, za co też nie byłem wśród nich zbytnio lubiany.
- Arata? - wyszeptałem w końcu. Czułem jego intensywny wzrok na moich plecach, ale do tej pory mężczyzna siedział cicho.
- Co się stało, mój mały książę? - spytał miękko, nie zmieniając pozycji. Nawet jako człowiek mogłem czuć przyjemny zapach piżma, którym emanował dzięki perfumom. Arata uwielbiał grać ze mną w naszą małą grę skojarzeń. Ja dostosowywałem kolor ubrania do swojego nastroju, a on codziennie używał innych perfum, zależnie od tego, co chciał uzyskać.
- Mógłbyś mnie dziś na wieczór zostawić samego? - spytałem.Wiedziałem, że mu się to nie spodobało, zwłaszcza że ostatnie dwa tygodnie byliśmy rozdzieleni przez problemu na giełdzie amerykańskiej, ale nie protestował, jak przypuszczałem.
- Pod jednym warunkiem - w końcu orzekł, a gdy nie odezwałem się, kontynuował. - Zagraj coś dla mnie.
- Przecież cały czas gram - odpowiedziałem beznamiętnie, zerkając na niego kątem oka. Arata wstał i podszedł do mnie, obejmując mnie od tyłu i kładąc nieco zimną rękę na moim nagim brzuchu.
- Nie, cały czas grasz tak po prostu. A ja chcę, żebyś zagrał coś DLA MNIE - zaakcentował mocno dwa ostatnie wyrazy i pociągnął lekko zębami za moje ucho.
Westchnąłem cicho i zacząłem grać melodię, którą kiedyś nauczyła mnie matka - "मेरा प्यार" "Meeraa pyaara". Ukradkiem po policzku spłynęła mi pojedyńcza łza.